Pozostaje hulajnoga

Teresa Nowak

Było już grubo po dziesiątej, gdy dosiadł swego stalowego, wiernego, pamiętającego pierwszą komunię, rumaka. Trochę narowisty, a raczej w stanie najwyższej irytacji  z powodu długiego stania przy krzywym płocie  i nie bardzo dawał się ujarzmić na początku. A i droga jakaś taka wydawała się wąska i kręta. Toteż  ten jego rumak na początku dość często zrzucał go z siodła. Od tych prób ujarzmienia, łapania względnej równowagi i ciągłego dosiadania, obaj czuli się zmęczeni.Odpuścili więc sobie dalsze złośliwości…

 

 

 

 

 

 

 

 


W końcu rumak czując, iż jego pan łapie wreszcie względną równowagę, czy to od świeżego powietrza, czy też z powodu tego, iż uznał daremność protestów, posuwał się w miarę spokojnie i tylko od czasu do czasu narowił się i kierował w bok. I tak sobie jechali – pan i jego wierny wieloletni przyjaciel, zasłużony wielce i jako rower w wyścigu pokoju i jako koń w pogoniach za Indianami i transporter większych zakupów, wierny towarzysz pierwszych randek. Jednym słowem wszechstronny przyjaciel, ale nie bezkrytyczny, bo jak mu się nie podobał stan fizyczny pana, to go potrafił zrzucić z siodła. Tak więc sobie pomalutku jechali: pan pogwizdywał modny szlagier, a rower cichutko wtórował skrzypieniem i popiskiwaniem. Poruszali  się zgodnie w rytmie przeboju.      Zza zakrętu nareszcie  wyłoniły się  zabudowania, czyli do mety brakowało jakieś sto metrów. Nagle  błysnęło,  zawyło, zapiszczało zgrzytliwie i obok zatrzymał się pojazd biało-granatowy z napisem „Policja”.Jeździec,przerażony tą nagłą kakofonią dźwięków i świateł, stracił równowagę i harmonię ruchów , którą z takim trudem uzyskał. Gibnął się w jedną stronę, potem w drugą. Stalowy rumak nie mógł znieść takiego niezdecydowania i stanowczo zrzucił jeźdźca z siodełka. Traf chciał, że tenże był właśnie wychylony ku policyjnemu dwuśladowi, więc i poleciał na samochód, a rumak wskoczył do rowu. No teraz już nie trzeba było nawet rozpakowywać przyrządu do badania zawartości alkoholu w wydychanym powietrzu. Oparcie się o służbowy pojazd stało się dowodem, że podróżnik stanowi zagrożenie na drodze.    Bez zbędnego rozwodzenia się, sprawdzania, zabrano zaskoczonego kompletnie jeźdźca do samochodu i wywieziono gdzieś w niewiadomym kierunku. Rumaka  niefrasobliwie pozostawiono w rowie.      Obudził się po kilku godzinach w małej celi. Dość szybko poinformowano go, że znajduje się w izbie wytrzeźwień. Został zatrzymany na drodze publicznej, gdzie stanowił zagrożenie dla ruchu drogowego z racji niefrasobliwego poruszania się po całej jezdni.     Jeszcze tego samego dnia, po dowiezieniu przez niezbyt zadowoloną połowicę czystego odzienia, bo ta, w której owej nocy wracał, była pokrwawiona, stanął przed szacownym kolegium do spraw łamania powszechnego prawa.    Czekając na swoją kolejkę siedział wygodnie rozparty na korytarzu urzędu  wymierzania sprawiedliwości. Obok było jeszcze kilku delikwentów, sprawców naruszenia różnych przepisów. Niezupełnie jeszcze świadom swojej sytuacji, nawiązał rozmowę z sąsiadem, który poinformował go, że został przyłapany na jeździe po pijanemu. Ależ, jaki on był pijany, jeśli wypił tylko trzy piwa. Wobec tego też się pochwalił, że wracał w nocy ze świniobicia, że gospodyni zwyczajowo przyrządziła wyśmienitą wątróbkę, a gospodarz postawił pół literka,  i że  też został złapany. No, ale jechał na rowerze, a nie samochodem.     „A widzisz? Na rowerze też nie wolno jechać po pijanemu.” - Poważnie poinformował go uprzejmy sąsiad.     „Ba! Teraz to wiem! Następnym razem przesiądę się na konia. To rozumne zwierzę i nie będzie łaziło po jezdni.”  - zakpił raczej niż powiedział to poważnie. Ale zauważył kątem oka,że ktoś w eleganckim garniturze przygląda a właściwie przysłuchuje się uważnie jego słowom. Fakt! Zapaliła się w mózgu ostrzegawcza lampka. Świeciła jednak zbyt krótko i niewyraźnie, więc kontynuował, jak mu się wydawało całkiem żartobliwie, że ewentualnie sprawi sobie wielbłąda. Widział takiego w filmie, - „no, .. z tym znanym, polskim aktorem, no... jak mu tam , na S....jakoś tak”.     „No !” - towarzysz pokiwał niepewnie głową. Też chyba coś słyszał i widział z tym wielbłądem, ale nie chciało mu się wysilać pamięci. Po tych trzech piwach na pożegnanie – powiedzmy sobie szczerze, bo  mocniejszy trunek się wyczerpał trochę za wcześnie – głowa była cokolwiek ciężka.    Jeszcze prowadzili ze sobą jakąś niezbyt zobowiązującą dyskusję o zwyczajach w Polsce, ale wreszcie wezwano go na salę i tam usłyszał wyrok w imieniu Rzeczypospolitej, zakazujący  obywatelowi prowadzenia pojazdów dwuśladowych, czyli samochodu, rowerów tudzież pojazdów konnych i wielbłądzich  na rok i rekwiruje prawo jazdy, dla pewności, że delikwent nie będzie uprawiał jazdy. Po upływie roku obywatel przystąpi do egzaminu na własny koszt. Ponadto okłada się winnego karą grzywny w wysokości 700 złotych polskich. I niech wie, że tak niska grzywna to łaskawość sądu, który wziął pod uwagę niskie dochody oskarżonego z racji pracy w zakładzie prywatnym, wynoszącym  1000 złotych netto miesięcznie. Ponadto do zapłacenia pozostaną koszty przewozu do izby, koszty opieki fachowca medycznego w czasie snu i wynajmu tapczanu.     Odurzony wysokością kosztów jego transportu do izby wytrzeźwień, noclegu, tudzież innych wydatków poniesionych przez państwo w obronie bezpieczeństwa jego obywateli, pomyślał tylko, że pewnie nie naraziłby na tak wysokie koszty organów władzy, gdyby ta po prostu odwiozła go te sto metrów do jego chałupy, a nie trzydzieści kilometrów do miasta.     Na korytarzy tylko szepnął do swojego rozmówcy, że będzie musiał kupić sobie hulajnogę, bo tylko na ten pojazd nie dostał zakazu.