Opowiadanie na faktach

Muszę się pochwalić!

 

Dawno, dawno temu, kiedy byłem jeszcze piękny i młody świętowałem z sąsiadem pierwszą rocznicę urodzin mojego młodszego syna.

 

Była sobota, 4-ta nad ranem kiedy stwierdziłem, że jest to idealny czas, aby ruszyć na ryby!

 

Jak powiedziałem, tak zrobiłem i już po godzinie byłem nad jeziorem.

 

Początkowo, poza ogromnym pragnieniem nie działo się nic, ale …

 

Dochodziła godz. 10-ta gdy poczułem, że zarzuconą w toń jeziora przynętę gwałtownie coś zatrzymało!!!

 

 

A była to w owym czasie moja tajna broń!

 

Bydlę ciągało wzdłuż brzegu mnie i moją wędkę, aż mniej więcej po dwudziestu minutach pozwoliło obejrzeć co zaś jest ...

 

Gdy miałem ją przy brzegu poczułem dziwne drżenie w nogach!

 

Szorując brzuchem po piasku ostatkiem sił odbiła i poszła na jezioro.

 

- Żeby tylko się nie zerwała – przemknęło mi przez głowę. No i żyłka żeby wytrzymała!

 

Mijała minuta za minutą, a ryba wciąż była w wodzie. Powoli traciłem nadzieję, że wygram z nią walkę. Serce waliło niczym młot i był to bez wątpienia okres przedzawałowy .

 

- Jeśli jej nie złapię kumple nie uwierzą, że miałem taką sztukę.

 

Wraz z upływającym czasem ryba traciła siły i powoli, ale nieuchronnie, przewalając się z boku na bok zbliżała do brzegu. Ostrożnie wszedłem do wody i podbierając ją rękoma od dołu energicznie wyrzuciłem na twardy grunt.

 

Była moja!

 

Złożyłem wędkę i z rybą na ramieniu pomaszerowałem w kierunku nieodległej leśniczówki, aby z kolegą leśniczym uczcić mój sukces.

 

Miałem straszne pragnienie!

 

Idąc brzegiem jeziora wzbudzałem duże zainteresowanie wędkarskiej braci.

 

Wszyscy chcieli zobaczyć moją zdobycz i zadawali to samo pytanie.

 

- Panie, a na co Pan łapałeś?

 

Kiedy z miną zwycięzcy prezentowałem moją przynętę „kopary” im opadały.

 

- Na takie g…wno? Niemożliwe!

 

- A jednak – odpowiadałem triumfująco.

 

Pić!!!

 

Maszerując z rybą przewieszoną przez ramię i z uśmiechem od ucha do ucha dotarłem do najbliższej wsi.

 

Leśniczówka, a w niej coś do picia była na wyciągnięcie ręki. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów i będę u celu ...

 

Autobus PKS, który właśnie przejeżdżał obok mnie dziwnie pochylił się na jedną stronę.

 

Kto żyw rzucił się do okien, aby zobaczyć co też ubrany na zielono człowiek taszczy na ramieniu?

 

Kiedy dotarłem wreszcie na miejsce z niemałym zdumieniem stwierdziłem, że drzwi u pana leśniczego są zamknięte.

 

- Nikogo nie ma w domu?

 

Obszedłem chatę i od strony ogrodu zobaczyłem uchylone okno.

 

- Dobra nasza – pomyślałem. Łazienka, a w niej stojąca pod oknem wanna była idealnym miejscem dla mojej ryby.

 

Słodki ciężar rzuciłem na jej dno i ... o cholera ... ledwie zmieściła się w wannie!

 

Nie mogąc doczekać się powrotu leśniczego powlokłem kulasy borem-lasem i późnym popołudniem dotarłem do domu.

 

Miałem dość nie tylko ryb, ale i powitania jakie czekało mnie ze strony MaRysi, która nic nie wiedziała o mojej wędkarskiej wyprawie.

 

Był chłop i zaginął!

 

Pocieszałem się jedynie tym, że zobaczywszy moją zdobycz nieco złagodzi ton swojej wypowiedzi.

 

Odgoniłem dzieciarnię pętającą się za mną i aby dodać sobie nieco animuszu wstąpiłem najpierw do sąsiada, zapalonego wędkarza.

 

Nie powiem że miał zawał, ale serduszko zabiło Mu mocniej i gdy drżącą ręką sięgał po papierosa wyjąkał:

 

- Na co to złapałeś?

 

Gdy zaprezentowałem ową tajną broń rzucił okiem raz jeszcze na rybę i rzekł:

 

- Też chcę takie coś!

 

- Zaraz, zaraz odrzekłem - to coś kosztowało mnie w barze w Jasieniu 3 browary!

 

Gdy po krótkiej licytacji usłyszałem:

 

- Dobra! niech będzie flaszka! - uznałem, że uzyskana rekompensata jest do przyjęcia.

 

Więcej z Niego nie wyduszę!

 

Owa tajna broń - przynęta wszechczasów - powędrowała w Jego ręce.

- Jutro musisz mi ją jednak oddać - zastrzegłem. Masz cały wieczór, aby zrobić duplikat dla siebie. Potrzebny będzie tylko kawałek drewna, nieco skóry lub dermy, cienka blaszka lub plastik, trochę farby, drutu i dwie kotwice.

 

Tyle wystarczy, aby zrobić mysz!

 

- A co do flaszki - myślę, że sobota będzie dobrym dniem na wyrównanie rachunków. Teraz idę pod nóż!

Stuk!. Puk!. W drzwiach zobaczyłem naburmuszoną twarz MaRysi.

- Kochanie już jestem!

 

Zadowolony przekroczyłem próg mieszkania.

- Gdzie się pchasz z tą rybą?! Nie widzisz, że brudzisz?!

Nie jest dobrze! - przemknęło mi przez myśl. Nawet taka sztuka nic tu nie pomoże ...

 

Zrobiłem regulaminowy w tył zwrot i pomaszerowałem na podwórze, aby zakończyć wędkarską przygodę obcinając łeb jeziorowej bestii, a przy okazji sprawdzić co też ostatnio zeżarła ...

Odchodząc usłyszałem głos Marysi:

 

- Kto łapie ten drapie!

Trudno! Muszę zrobić to sam!

Ostro zabrałem się do skrobania, ale, ale ... Przecież to mój rekord!

Zmierzyłem długość ryby od łba do ogona i z nieukrywaną dumą odczytałem wynik ... 104 cm.

 

- Ciekawe ile waży? Waga zaprzyjaźnionego kolegi wędkarza zatrzymała się na 8 kg 20 dkg.

 

Nieźle!

 

Pewnie wielu złapało rybę większą, ale dla mnie w owym czasie był to jeziorowy król!

Gdy wróciłem, na podwórzu czekała na mnie sąsiadka i moja osobista małżonka ... z siekierą! Łeb szczupaka spoczął na pniaku, a MaRysia niczym kat gładko go ścięła.

Mięso, suche jak drewno nadawało się tylko na kotlety. Trzeba było dokupić nieco boczku i nieźle namęczyć się, aby było zjadliwe.

 

Znaczna część owego zębacza skończyła jako zakąska w czasie sobotniego rozrachunku za ową tajemną broń - mysz, która nie była niczym innym jak woblerem o takim kształcie.

W kila dni później na leśnych stawach ów kolega wędkarz na mojego „prototypa” wyciągnął szczupaka o wadze 7,50 kg.

 

Coś w tej przynęcie jednak jest ...

Za to mojego największego pstrąga złapałem ... ale to już inna historia!

 

Janusz Januszewski.